żyję.
a blog mi wyleciał z głowy.
“(…) wydarzenia to tchórze. Nie lubią występować pojedynczo, lecz zbierają się w stada i atakują wszystkie naraz.”
żyję.
a blog mi wyleciał z głowy.
szamponetka! – kto w ogóle wymyślił takie durne słowo? właśnie przed chwilą usłyszałem w jakimś programie coś o szamponetce, stąd taka nagła frustracja. szamponetka… jasna cholera by ją wzięła. czy nie można tego czymś zastąpić? nawet, gdybym wymyślił nową nazwę, nie wyplenię teraźniejszej i tak szamponetka będzie prześladować mnie przez całe życie. a kto wie, czy aby nie przez następne?
gdzieś około tych dni, dwa lata temu, wprowadziłem się na wordpress’a. wszystkiego najlepszego blogu, mój ty przetrzymywaczu myśli i wydarzeń.
a jeszcze na dodatek, dzisiaj mam imieniny. przypomniała mi to ciotka, dzwoniąca rano. dziwne święto, obchodzone tylko dlatego, że akurat tak ma się na imię. dobrze, że mało kto, taki dzień świętuje.
i na sam koniec – tłusty czwartek? i że co ja mam niby, zjeść pączka? jeżeli tylko dobrze pamiętam, ostatniego pączka zjadłem równo rok temu. i jeszcze mówią, że ” w tłusty czwartek po prostu nie wypada zjeść pączka” no to, sorry winnetou.
niesamowicie jednostajny. pierwszorzędny śnieg. ciągle spada, czasem tylko przy silniejszym podmuchu wiatru, leci chwile w bok, a potem znów w dół. nieźle się go tu naobserwowałem. dobre miejsce przy oknie mam. nie, żebym nie lubił zimy, wszystko fajnie, jednak niestety, ile razy tylko spojrzę przez okno widzę pełno śniegu i coraz więcej śniegu – po paru dniach znudzić się to może.
zastanawia mnie, czemu jak tylko zamierzam coś tu napisać, przypływa na mnie jakiś, taki prostoliniowy nastrój. chociaż, oczywiście nie zawsze tak było. ciekawe co jest tego powodem. gdzieś tu musi być jakiś haczyk,… lub przynajmniej jakieś parówki…
o czym ja to chciałem? śni mi się! ostatnio to moja wielka radość, ponieważ, będąc osobą, która z pewnością śni tyle samo co inni, nigdy nie pamiętam swoich snów. zapamiętać jakiś sen raz na miesiąc, to bardzo wielki sukces. a tu ostatnio, całkiem zaskakująco, raz po raz, sen za snem. zdecydowanie to straszne pierdoły i co dziwne, najczęściej w snach spotykam ludzi, z którymi kontakt miałem epizodyczny, ewentualnie ludzi, których w ogóle nie znam, a na przykład widziałem w tramwaju (tak tak, ta ruda też ;)).
oglądnąłem pełno filmów przez ubiegłe trzy tygodnie. przeważnie te, które już widziałem po kilka razy. oglądanie filmów pomaga przetrwać okropne czasy ustawicznego śniegu i sesji :D jeszcze tylko parę “spraw” muszę załatwić i obiema nogami będę w drugim semestrze.
kwestią przypomnienia: śnieg sypie nadal.
dziś, bez konkretnego zakończenia.
miało być długo i wylewnie. i właściwie było, napisałem już wszystko, ale po ostatnim, kończącym zdaniu posta, nacisnąłem backspace, a palec już nie chciał się od niego oderwać. z tego co słyszałem dziś nie najlepszy dzień do pisania.
popijam jakieś tabletki musujące się w wodzie. coś z magnezem, kofeiną. i nie do końca wiem po co, jak całkowicie zdaję sobie sprawę z tego, że na mnie nie zadziała. o, pro forma.
żyję sobie jakoś, biegając tu i tam, po czym znów siedzę zawsze w tym samym miejscu i znów wydaje mi się, że nic nie zrobiłem. żyję sobie jakoś w tej pierwszej sesji.
gastronomicznie? dziś znów te same parówki? nie :D urozmaicam sobie treści… o zmianę ketchupu, z pikantnego na łagodny :)
a miało być długo i wylewnie.
nie lubię paskudnej pogody. przy czym “paskudna” definiuje się różnie. równie dobrze paskudną pogodą może być wysoko-stopniowy upał przez tydzień. mniejsza z tym, dziś pada, chmurzy, ponurzy i przygnębia. prostym rachunkiem pogoda równa sie paskudności. w jednej ze swych najgorszych odsłon.
dobrze przynajmniej, że killersi wydali nowy album. dobrze, że na albumie znajduje się joy ride. dobrze, że właśnie poprawia mój humor.
a humor jak najbardziej niżowy. spowodowany również tym, że uciekła mi torba sprzed nosa, torba jak najbardziej na ramię, jak najbardziej oliwkowa, jak najbardziej idealna. i to nie tylko żeby mi jedna torba uciekła. uciekły trzy! a miałem sobie zrobić prezent na gwiazdkę.
no i oczywiscie jeszcze kącik gastronomiczny. nie zapomniałem, nie :)
otóż dziś parówki. eksperymentalnie z karˈfura. nie wiem co mnie podkusiło, ale na swoją klęskę dodatkowo wziąłem wieprzowe. co w nich było? nie wiem, pewnie pies zmielany razem z budą i łańcuchem. rzecz do przełknięcia, jednak skutki okazać się mogą tragiczne. a, zaparzę sobie dziurawca, mięty i może jeszcze czegoś. profilaktycznie :)
patrzę tak sobie w archiwu i zauważam, z niemałym zdziwieniem, że przegapiłem rocznicę powstania tego bloga na wordpressie. a tu kolejna się zbliża. no dobrze, wyprawie mu urodziny następne, tamte przepadły.
tak, chyba nie pomyliłem adresów. mój blog, tak? nie widzieliśmy sie dość długo bardzo. a tu znów zakurzone, pełno pajęczyn i nicości. wyginam palce i zabieram się do roboty, bo posprzątać trzeba, a i zaległości nadrobić!
może nie będę się tłumaczył dlaczego to zniknięcie, ale na pewno należy się kilka słów wyjaśnienia. (co właściwie wychodzi na jedno i to samo). otóż się na tę sytuację złożyło się kilka faktów, między innymi: brak komputera, brak internetu, brak czasu, brak chęci, no i nie brak lenistwa. oczywiście kolejność wymienionych zdarzeń zupełnie przypadkowa jak i chronologia nie zachowana. po prostu jakoś tak się poskładało, że nie było odpowiedniej okazji, takiej jak teraz, gdy mogę na wpół-spokojnie siąść na łóżku i wystukać na klawiaturze parę zdań. sześć powyższych przeszkód zażegnane, więc mogę nazwać się w jakiejś tam kategorii, niezwykle szczęśliwym człowiekiem. Komputer się znalazł, internet przyszedł, czas zawszę nagnę, chęci przywołam, no a lenistwo… już nie będzie miało co ze sobą zrobić, jak tylko zniknąć. ja tu się cieszę, a tak naprawdę powinienem panikować, zgrzytać zębami, drzeć włosy, narzekać, przeklinać i załamywać ręce, bo ostatnio (mniej więcej o 1. października) jest nie za wesoło. a w szczególności ten tydzień jest niezwykle nerwowy, choć połowa stresu już za mną. jeszcze tylko ciężki piątek i święta. no dobra, przyznam się, nie czuje ich jeszcze, a inni już skaczą na myśl o wigilii, choince, świątecznych przecen czy tym podobnych rewelacji. ja sobie jeszcze poczekam.
dobra tam, wystarczy już sprawo zdaniowego stylu opisywania co ze mną. optymizm mnie niesamowity napawa od jakiegoś czasu. zastanawiam się jedynie czy jest to optymizm naturalny (znaczy się, wynikający z tego, że nadzwyczajnie wszystko jest dobrze, niczym się niepotrzebnie nie przejmuję i mało rzeczy jest w stanie przeszkodzić temu aktualnemu optymizmowi), czy być może jest to optymizm w stylu złudzenie (czyli, jest aż tak źle, że nie ma już sensu zawracać sobie wszystkim głowy, a tylko głupkowato się uśmiechać). mam nadzieję, że niedługo się dowiem. a już teraz stawiam va bank na pierwszą wersję.
pierwszy raz od niepamiętnego czasu kupiłem sobie czipsy. w biedronce na dodatek. przeżuwam je niechętnie, za każdym kolejnym czipsem tracąc smak, a zyskując uczucie czegoś niedobrego dziejącego się w moim żołądku. – był to dodatek z rubryki gastronomicznej, który postaram się regularnie zamieszczać.
jako że powstanie pewnego bloga zmotywowało mnie do napisania notki, mam nadzieję, tak, mam nadzieję, że będę tu częściej zostawiał kilka myśli mej głowy.
acha, bo prawie zapomniałem, co lubię. lubię w autobusie spotykać piękną rudość. w długich, pieknych, rudych lokach.
kilk.
idą studia, nie ma postów.
srały muchy, bedzie wiosna.
dzień kolejny, czas coś napisać. zwłaszcza, że wieczór za pasem, obiad w butach i herbata za pazuchą. a i humor dopisuje.
abstrahując. (kurczę, ale mądre słowo) tak sobie patrzę na tytuł mojego bloga i zauważam, że nie wiem o co w nim chodzi. i zastanawiam się również, co robi on tak na górze ciągle i ciągle. i wymyślam w końcu powód, dla którego się tam znalazł – disappointment, to chyba ten jeden z ulubionych wyrazów. przeciwieństwo do szamponetki. wyrazem szamponetka gardzę i wdeptuję w ziemię z zawziętością.
zatem, do rzeczy, z czym ja tutaj… off festival w mysłowicach, w skrócie: po koncercie czesława, lao che czy jakimkolwiek innym godnym uwagi, odchodziłem z pierwszego rzędu, a szczęka ciągnęła się jeszcze przez dziesięć metrów po trawie. nie chcę jakoś jednym słowem (typu: zajebiście) obrzucać całej imprezy, bo to raczej nie odda atmosfery. jakbym powiedział, że było zajebiaszczo zajebiście – to może coś, to komuś powie ;) ulewy dnia pierwszego trochę pokrzyżowały plany – nie powiem, nie jestem chojrakiem. ludzie sympatyczni, namiot ciepły, toi toi “czysty”, burza zaskakująca. jedzenie smaczne, wino w plastiku, muzyka wyśmienita!
dobra, a teraz obiecane zdjęcia. i tu, daję sobie głowę uciąc, niezwykle miłe zaskoczenie dla WSZYSTKICH, gdyż albowiem że zdjęcia wcale nie z komórki są. komentarz ode mnie, odnośnie bieszczad – no mnie się to podoba :] no i chyba już nie będę więcej pisał, wydaje mi się, że zdjęcia wystarczająco opiszą.
dziś krótko bardzo:
połoniny – są; wróciłem – jest; mieszkanie w krakowie, raz – jest; banan na twarzy, sztuk jeden – jest; mniej więcej, tak około i na oko pięćdziesiąt ugryźien komarzyc, bąkowatych tudzież innych wysysajków (w tym prawdopodobnie żmijucha) – są; niesamowicie dużo wspomnień – jest; i jeszcze więcej śmiechu.
a niedługo postaram się dorzucić jeszcze kilka słów o tej małej wyprawie, wtapiająć skrzętnie zdjęcia ze szczytów połonin, zrobione oczywiście aparatem w komórce. wiem, profanacja, że w głowie się nie mieści, nie dane mi jednak mieć konkretniejszego aparatu :]
bzing!
i oto jestem, i żyję. i cały, i zdrów, i nic mi się nie działo, jak również nie dzieje się nic. a zaczęli mnie już nachalnie molestować o napisanie czegoś. a molestowanie przyjmowało formę m. in. taką: “rusz blogaaaa, noooo”, czasami jednak było przyjemniej… :>
zatem siedzę przed monitorem i piszę. z wielkim kubkiem kakao przy łapie, z deszczem za oknem i całym urokiem norweskich fiordów, jeziorek tudzież (dla tych którzy jeszcze nie widzą: “tudzież” znaczy nie mniej, nie więcej co “i” – a było to moje odkrycie roku 2007, więc naprawdę mam się czym cieszyć) czerwonych domków, na pulpicie.
ad rem. deszcz jak zwykle nie przyprawia mnie o najlepszy nastrój, za to przynosi, jakże to bardzo wyczekiwane całodniowe bóle głowy. więc mam szczere powody do radości – tak, skaczę pod sufit. we wtorek wybieram się w bieszczady, na połoninę tą i tamtą. oczywiście nie sam, idę z nią, z nią, z nim, z nią, z nią, z gitarą i jeszcze z wódką (ale ona nie jest gwoździem programu). wódka mówi, że się cieszy na tę wyprawę.i że ma być fajnie. no, pani wódko – zobaczymy! a potem, w pierwszy tydzień sierpnia do mysłowic, na off festival, ale o tym pewnie jeszcze zdążę napisać.
jakby ktoś chciał jeszcze czegoś ode mnie dowiedzieć, to: czuje się całkiem świetnie, oprócz tymczasowego bólu głowy nie doskwiera mi nic, a nic, na studia się dostałem, do krakowa – co było jakims tam kiedyś małym marzeniem. zatem, spełnione. aktualnie szukam mieszkania, które właściwie nieoficjalnie jest już znalezione i najprawdopobodniej to tyle co chciałem napisać. a, jeszcze jedno – przejadłem się wafelkami. ble.
no dobra, może zacznę pisać tu choć odrobinę częściej, ale nie obiecuję! – żeby nie było potem, że się nie wywiązuje ;) no.
Opiszę, w skrócie jak było. Traumatyczne przeżycia zaburzają rzeczywistość, ale postaram sie jak najdokładniej przekazać wszystko, co się dziś wydarzyło, odkąd wszedłem do budynku z wielkim napisem “Powiatowa Komisja Poborowa 2008″. Opiszę w s k r ó c i e.
Stoję w kolejce do rejestracji. Czekam 3 godziny. W końcu wchodzę do pokoju. Przy 4 stołach siedzą jakieś mało-sympatyczne panie, zdecydowanie znudzone swoją pracą (a dopiero 9:30), z minami: “kiedy pójdę do domu?”. Siadam przy jednym wolnym stoliku: dowód, prawo jazdy, imię ojca, nazwisko matki, wiek, szkoła, karany, niekarany, rodzeństwo, tak, nie, kawy, herbaty, pieczątka, autograf, dowidzenia. Wychodzę i czekam 3 godziny. Pielęgniarka zagarnia nas do drugiej poczekalni. Siadam i czekam 3 godziny. W międzyczasie dowiadujemy się, co mamy robić jak nas wywołają – w prawo, w lewo, wieszak, zdjąć wszystko, skarpetki też, zostawić majtki na sobie. Myślę: “Dobrze, że ubrałem bokserki z napisami: love&peace, no war.” – jak się później okazało, nic tym nie zdziałałem. Czekam 3 godziny. W końcu, krzyczą moje nazwisko. Lecę do wieszaka i zastosowuję sie do wcześniejszych wskazówek. Stoję w jakimś przedsionku, bez okularów, lewe: T F H M, prawe: Z nie widzę N nie widzę K O, ważą, mierzą, pieczątka. Idę do większego pomieszczenia. Przy jednej ścianie jakieś dwie babki wypisują wszystkie kartoteki, przy drugiej ścianie trójka lekarzy. Siadam obok jednego, ten mierzy mi ciśnienie, osłuchuje, pyta o jakieś urazy, cokolwiek, pokazuje książkę, w której są ładne, okrągłe, kolorowe obrazki, a w nich doszukuję się liczb: 12, 9 i 36, pieczątka. Każe położyć mi sie na kozetce. I odtąd nic nie pamiętam, czarna dziura, aż do słów: “ubierz się i wróć tu”, pieczątka. Wracam i czekam 1 godzinę. Dostaję skierowanie do p. okulistycznej, pieczątka. Lecę do szpitala, I piętro, drzwi, nr 30. Puk-puk, karteczka dla pielęgniarki. Czekam 3 godziny. Wołają mnie. Pobieżne badanie, wada, tak wada, nie da się ukryć, pieczątka, autograf, dziękuję, dowidzenia. Lecę z powrotem, oddaję badania, czekam 3 godziny. Wołają. Podchodzę do do dwóch pań, kartka, pieczątka, autograf i “idź czekać”. Czekam 3 godziny w tym samym miejscu, gdzie na samym początku. Znów moje nazwisko. Wchodzę do pokoju. Jakiś starszy pan przy biurku: co robię, co chcę robić, co znaczy kategoria A, gdzie, jak i po co. “Rozumiesz wszystko?”, tak, pieczątka, dziękuję, dowidzenia. Czekam 3 godziny. Kolejny raz ktoś mnie woła. Wchodzę do pokoju, uśmiecham się do przesympatycznych czterech pań, powoli zaczynam rozumieć ich los. Książeczka, “Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Poslskiej”, pieczątka, autograf, dziękuję, dowidzenia. Wyszedłem z budynku po około trzech dniach.
4 godziny to wszystko zajęło, a nastawiłem się max. na jedną.
bez zbędnych komentarzy i tłumaczeń.
przychodzi taki dzień w życiu każdego mężczyzny, że musi stawić sie na pobór.
tyle.
Był sobie niedźwiedź polarny, strasznie lubił ryby, ale nie jeść tylko się z nimi przyjaźnić. Dlatego więc, zamiast nich jadł śnieg.
bajka na dobranoc
z powodu presji zewnętrznej i presji wewnętrznej piszę tego oto posta. presji zewnętrznej? – ktoś może zapytać. otóż, znalazły się osoby, które naciskają na mnie bym “napisał w końcu coś na swoim blogu”. i odnalazły się osoby, które, owszem, czytają moje wypociny, ale komentarza zostawić nie chcą, tłumacząc – “bo się wstydzę”. ale mimo to, jest mi niezmiernie miło, że wpadnie tutaj więcej niż dwie osoby na miesiąc. trzeba powiedzieć, że jest dla kogo pisać. bo z tego co czuję, nie chodzi tu tylko o przelewanie swoich myśli na ekran monitora. (a drugą grupę ludzi będę musiał mocno skopać. po kostkach, rzecz jasna)
dawno nie pisałem. co u mnie? różnie bywa. i mógłbym powiedzieć jak mocno doświadczony 60-cio latek, po różnych przejściach i bojach, który wie o życiu prawie wszystko – raz lepiej, raz gorzej. a więc ja, ze swoim krótkim życiem i mało zacnym doświadczeniem, mogę powiedzieć, że brnę po woli do przodu, zbytnio nie zastanawiając sie na problemami dni kolejnych. aż tu wreszcie, w wieku 19-tu lat przychodzi taka chwila, gdzie łapię się mocno za głowę dwiema rękami, a nawet nogą i szeptem, z przerażeniem w głosie mówię: matura. i na nic się zdają zapewnienia starszych koleżanek i kolegów, którzy mają “to” za sobą, że “matura to banał” i “nic się do matury nie uczyłem/am”. ja jednak boję się, że w tym właśnie kierunku zmierzam, który niestety nie zakończy się, jak w przypadku w/w koleżanek i kolegów przyjęciem na wymarzone studia.
czy wspominałem już o prezentacji?
no dobra, musze przyznać – dość mam tej nijakiej zimy. się nie może zdecydować, czy to śnieg, czy to deszcz, czy to mróz, czy to nic.
i jak ktoś to trafnie powiedział “wiesz Karol, ty to jak ta dziewica orleańska… chce, ale nie może… mogłabym, gdyby tylko…”. zima taka, że nawet spokojnie nie można bałwana ulepić. z marchewkowym nosem.
napisałbym coś jeszcze o nowym soundtracku, jaki ostatnio wszedł w moje posiadanie. jednak jest on tak przygnębiający, że nie jestem w stanie skonstruować konkretnego zdania na jego temat. a, jest to scieżka dźwiękowa z filmu “źródło”.
zatem moi drodzy, do zobaczenia na tej stronie za pół roku.
zawieszam.
Towarzyszu podróży, zbudowałeś byt swój zasklepiając jak termit wyloty ku światłu.
I zwinąłeś się w kłębek w kokonie nawyków, w dławiącym rytuale codziennego życia.
I choć przyprawia cię on co dzień o szaleństwo, mozolnie wzniosłeś szaniec z tego rytuału – przeciw wichrom, przypływom, gwiazdom i uczuciom.
Dość trudu cię kosztuje by co dnia zapomnieć o swej kondycji człowieka.Teraz glina z której zostałeś utworzony wyschła i stwardniała.
Nikt już się nie dobudzi w tobie astronoma, muzyka, altruisty, poety, człowieka, którzy zamieszkiwali ciebie może kiedyś.
“Dzień świra” – reż. Marek Koterski
u mnie nic
no, to już nie muszę jechać do Irlandii. Irlandia sama przyszła do mnie. albo niedługo przyjdzie. panie Tusk, trzymam pana za słowo.
jesień przechodzi sobie powoli przez ulice. i deszczem nawiedza coraz to. pewnie przez te częste ulewy tak mnie głowa boli. nie lubię jesieni od tej strony. i czekam spokojnie na zimę.
a co wiąże sie z czekaniem i upływaniem czasu, (tak, oczywiście, bo co innego) to coraz bliżej mi do matury. a podręcznika, ni zeszytu żadnego jeszcze nie otworzyłem. za to otwieram kolejne okienko w komputerze lub jakąś książkę, która bynajmniej nie jest lekturą. i tak w kółko. komputer, książka. książka, komputer. i nie zostaje minuty na naukę. no i narzekam na siebie, zamiast zabrać sie porządnie do roboty. ale przemóc sie nie potrafię. i jeszcze ta prezentacja… sobie kurde temat wybrałem. niech mnie szlag.
nadal stresuję sie egzaminem prawa jazdy. 10 listopada drugie podejście. może przynajmniej testy zaliczę i wyjdę na plac. kolejna porażka.
już nie tylko ja zauważam, że właściwie dużo szczęścia w życiu nie mam (czyżby 13 w adresie domu miała jednak jakieś znaczenie?). chociaż pozornie, patrząc ogólnie wszystko jest dobrze i ładnie, to małe wybryki Pecha zbierają sie w coraz większą gromadę. a płacząca jesień nie nastraja mnie ostatnio zbyt optymistycznie. stąd takie nieciekawe wnioski.
koniec. bo nic już nie siedzi w mej głowie.
no dobra. niby tam mówiłem, że coś tą Anglię opiszę. jednak tego nie zrobię. powód: nie-chce-mi-się :) o
już wystarczy tej Anglii. było, minęło. nie ma co opowiadać w nieskończoność. i tak już wszyscy, wszystko słyszeli. no może nie wszystko (bo nie da rady wszystkiego opowiedzieć), ale zdecydowaną większość. wystarczy jak na razie. może mnie kiedyś weźmie na wspomnienia, to wtedy napiszę.
moja pasja – narzekanie. nie obejdzie się bez tego i tym razem. zatem: trzecia klasa, samo-przez-się rozumie, więc nie ma sensu, pisać tego że matura, prezentacja, i reszta. ale i tak to mnie nie kuje w bok tak bardzo, jak prawo jazdy – ot co. to mi doskwiera dopiero. za tydzień mam egzamin. i najbardziej boje się tego, że test obleje. chociaż jest jeszcze kwestia tego, że nie siedziałem za kierownicą, po powrocie. dni uciekają, a pan instruktor jakoś nie kwapi sie oddzwonić i mi powiedzieć dokładnie kiedy ma czas, mimo tego, że już 4 razy dzwoniłem do niego. i mówi: “oddzwonię jutro…”. więc wydaje mi się, że jak zdam to prawo jazdy to się troszkę stresować przestanę. troszkę.
jestem dumny z mojego, nowo-założonego konta bankowego. którego saldo wynosi zero zł przecinek zero zero gr. ale i tak jest przyjemnie :)
a jak już będę miał prawo jazdy, maturę za sobą i będę na liście przyjętych na pierwszy rok studiów, na technologii żywności i żywieniu człowieka, to czekają mnie iście cudowne wakacje. przynajmniej tak mi się wydaje.
dobra, idę do sklepu, bo mi temperatura na polu spada.
wróciłem.
jak mi się teraźniejszość trzecioklasisty wymiesza z przeszłością wakacji, to zbiorę sie na notke i opiszę trochę mój pobyt w anglii.
a, jak na razie, walnąłem głową w mur rzeczywistośći. w pierwszych wniosków: potrzeba mi 10 rąk żeby wszystko ogarnąć. ale prognozy na przyszłość najgorsze nie są. s y s t e m a t y c z n o ś ć – podkreślić.
tymczasem tyle. nie wyczekujcie z niecierpliwośćią kolejnego wpisu.
“jak to się zwykło mawiać w anglii – good night”
a, napiszę notkę jakąś. bo się nudzę i niewyspany jestem – to powód pierwszy. a powodem drugim jest, że jedna, na dwie osoby komentujące tego bloga się domaga notki. miło mi.
ale czekaj, czekaj. z tego co wiem to mojego bloga “na bieżąco czyta” około 10 osób. a tutaj tylko dwie osoby sie udzielają? do reszty, która nie wie jak to miło jest dostać komentarz: leniwcy jedni! leserzy! podpiszcie się, a w treści komentarza dajcie kropke przynajmniej, jak się wam już tak nic nie chce. (wołoanie biednego, zdesperowanego chłopaka o komentarze – żałosne ;)). przecież zbieranie komentarzy to niezła radocha. to tak jak zbieranie w podstawówce jakiś tazosów, kart telefonicznych, czy innych tam pierdółek, którymi można było grać, wymieniać się – i jak się przynosiło do szkoły osobny plecak z tym wszystkim, to było fajowo ;) (ja nigdy nie miałem szczęścia i ręki do tego typu rzeczy, kurczę). no wiem, wiem, mówiłem nieraz, że mi komentarzy nie potrzeba, ale jednak mi się często myślenie zmienia. znak o tym, że jednak ktoś więcej niż 2 osoby przeczytały notkę, tak jakoś zachęca do pisania następnej.
no, koniec roku. już po konferencji, to się teraz nudzę w domu. i słucham Gorillaz. jeszcze tylko w piętek wrzucę marynarkę lub garnitur (jeszcze nie wiem od czego to będzie zależało, ale od czegoś na pewno) i pojde po świadectwo. dostałem promcję. średnia nie jakaś wspaniała: 3,9. jakbym sie uczył jakoś tak regularnie, a nie od sprawdzianu, to bym miał przynajmniej czwórki ze wszystkiego. no ale, nie chce mi się :)
postanowienie na wakacje: przeczytać trochę lektur na trzecią klasę, bo w przyszłym roku szkolnym może być krucho z czasem. więc muszę zabrać książki ze sobą do Anglii. tylko czy moje ubrania będą ważyły tyle, żeby w bagażu się jeszcze ksiązki zmieściły? ile to jest 15 kg bagażu? dużo?
dobra teraz to czego się najbardziej boję w związku z wyjazdem. nie będę widział przez dwa miesiące mojej jedynej, wspaniałej, kochanej, cudownej gitary ;). basu, rzecz biorąc dokładniej. no i jak ja to przeżyję? a co z moim prawem jazdy? skończyłem krus, prosiłem, żeby mi wyznaczyli egzamin przed 6 lipca, że mnie nie będzie dwa miesiące, to “nic się nie da zrobić” – jaaaasne. tylko jak oni chcą to w 10 dni można mieć wyznaczony egazmin. a teraz, przez wakacje zapomne jak się jeździ, a co najgorsze, poźniej moge bać sie jeździc! i już nigdy poźniej się nie przemogę, i będę sto razy egzamin zdawał ! aaaa?!
dwa miesiące to dość dużo czasu. trochę żałuje ze mnie tutaj życie w Gorlicach ominie. ale co poradzić, zawsze są plusy i zawsze minusy. trzeba tylko dobrze szukać :D
dobra, tyle. coś miałem jeszcze napisać, ale jak zwykle ‘zapomniało misie’. może uda mi sie umieścić jeszcze jakąś notkę przed wyjazdem.
się jeszcze podzielić chciałem jedną piękną storną internetową. o Norwegii oczywiście.
dużo cudownych zdjęć, filmików, muzyki i w ogóle. i jeszcze troche tego ślicznie kanciastego języka norweskiego. a zresztą, co będę opisywał, sami sobie zobaczcie. mój zachwyt nad nowymi obrazami Norwegii nie minie jeszcze przez najbliższe dwa dni.
śliczny kraj… góry, jeziora, wodospady, lasy, fiordy, zieleń, czerwone domki, ”przydomowe” ogródki na dachu, kultura.
i jeszcze przypomianam, że jakby ktoś chciał mi prezent zrobić, to najlepszym był by bilet do Norwegii. i może jeszcze jakiś mały czerwony domek tamże?